Mam tę laurkę do dziś
Była to trudna pacjentka. Miałem w szpitalu pod opieką ponad osiemdziesięcioletnią chorą. O charakterze jak z niewybrednych dowcipów, lub też, jak twierdziły moje pielęgniarki, z piekła rodem. Schorowana, niesprawna fizycznie, ale sprawna umysłowo. Od początku wszystko było nie tak.
Leki szkodziły, poprzedni lekarze wykazali się karygodną niewiedzą i skandalicznym lekceważeniem. Sala chorych miała zbyt duże okna, posiłki okazały się tak niesmaczne, że wzgardziłby nimi nawet kundel sąsiada, do tego porcje były zdecydowanie zbyt małe. Noce zbyt głośne, kołdra za ciężka, program telewizyjny do bani, a łóżka też były złe. Starsza pani miała liczną rodzinę, rzeczywiście zatroskaną jej stanem fizycznym, do psychicznego widocznie byli przyzwyczajeni, bo w dyżurce pielęgniarskiej regularnie lądowała przeprosinowa czekolada lub ciasto.
Staruszka regularnie rozstawiała ich po kątach, a każda wizyta u niej zaczynała się litanią skarg na szpital, aktualną sytuację polityczną, pogodę i rozwydrzoną młodzież, a kończyła listą rzeczy do przyniesienia, koniecznych do przetrwania w oddziale, a pewnie i do przeżycia. W końcu hospitalizacja dobiegła końca, ku radości personelu, wyrażanej najczęściej słowami „doktor, dobrze, że ją wypisujesz, bo w końcu ktoś ją udusi, albo zrobi jej coś gorszego”. Pacjentkę odebrała zdegustowana rodzina godząca się z perspektywą pełnienia dalszej opieki w domu oraz tolerowania licznych skarg, wniosków i zażaleń. Synowie>