On nie szukał wybitnego specjalisty. Szukał ojca.
W środowisku chirurgicznym panuje niepisana zasada: im mniej cię w domu, tym lepszym jesteś operatorem. Wychowany w tym kulcie, oddałem szpitalowi wszystko. Pierwsze słowo mojego syna usłyszałem przez telefon, stojąc w śluzie operacyjnej. Jego pierwsze kroki obejrzałem na kilkusekundowym filmie, który żona wysłała mi między jedną a drugą reoperacją.
Sukcesy zawodowe karmiły moje ego, ale w głębi duszy czułem, że staję się gościem we własnym domu. Na pytania o dobrostan odpowiadałem uśmiechem, choć w środku byłem pusty jak wypalona żarówka. Przełomem było pozornie błahe wydarzenie. Mój siedmioletni syn miał wypadek na rowerze – złamanie z przemieszczeniem, konieczność pilnej operacji w moim macierzystym szpitalu.
Choć sam nie mogłem operować własnego dziecka, stałem za szybą, patrząc na pracę kolegów. Widziałem strach w oczach mojego chłopca i nagle dotarło do mnie, że on nie szuka wzrokiem „wybitnego specjalisty”. On szukał ojca. Tego ojca, którego nigdy nie było na meczach, na przedstawieniach w przedszkolu, przy kolacji.
Gdy młody wybudził się z narkozy, usiadłem przy jego łóżku. Chwycił mnie za palec i powiedział: „Tato, dobrze, że akurat dzisiaj miałeś wolne”. Nie miałem wolnego, po prostu zostawiłem planową klinikę. Ta rozmowa i tamten strach zmieniły wszystko.
Podjąłem decyzję o rezygnacji z funkcji ordynatora i zrezygnowałem z pracy w trzech różnych>