W mroku radiologicznej ciemni na nowo odkryłam definicję czasu
Przez lata moje życie jako radiolożki składało się z odcieni szarości. Zamknięta w lekarskiej ciemni, sukces mierzyłam liczbą opisanych badań TK i MR oraz brakiem opóźnień z SOR-u. Kolejne ludzkie dramaty przemykały przed moimi oczami w formie pikseli. Wierzyłam, że bycie perfekcyjnym automatem to synonim dobrostanu.
Ceną za to było przewlekłe wycieńczenie, ból karku i utrata radości życia. Wszystko zmieniło się podczas nocnego dyżuru o trzeciej nad ranem. Do mojej pracowni zapukał starszy, drobny pacjent w szpitalnej piżamie. Był kompletnie zagubiony i przerażony labiryntem korytarzy.
Mój automatyczny odruch podpowiadał: „Zadzwoń po salowego i wracaj do pracy, opisy czekają”. Jednak gdy spojrzałam w jego oczy odbijające niebieskie światło monitorów, zobaczyłam w nim człowieka. Zaprosiłam go do środka, zaparzyłam nam po kubku zwykłej herbaty i po prostu usiadłam obok. Pan Antoni zaczął opowiadać o swoim ogrodzie na wsi i o tym, jak całe życie uczył się doceniać chwile, w których nic nie musiał gonić.
Na koniec spojrzał na moje ekrany i powiedział: „Prawdziwe życie dzieje się w tych małych przerwach między biegiem. Niech pani o tym nie zapomina”. Ta piętnastominutowa rozmowa stała się moim lekarstwem. Zrozumiałam, że w pogoni za produktywnością straciłam kontakt z samą sobą.
To spotkanie było punktem zwrotnym. Podjęłam decyzję o radykalnej zmianie:>