Data publikacji 13.12.2024

Historia, którą opisuję miała miejsce w 1991 roku. Byłem wtedy świeżo upieczonym stażystą, a jednocześnie kierownikiem Gminnego Ośrodka Zdrowia w Bogutach-Piankach. Takie czasy wówczas mieliśmy.

Pewnego dnia zgłosiła się do mnie na wizytę matka z dziesięcioletnią córką. Stwierdziła, że dziecko jest bardzo chore – katarek, kaszelek, stan podgorączkowy. Przejęty takim wywiadem dokładnie zbadałem dziewczynkę i stwierdziłem, że jest ona tylko lekko przeziębiona. Przepisałem dziecku stosowne leki i miałem już zakończyć wizytę, gdy nagle matka małej bardzo nieśmiało, wręcz przepraszającym głosem napomknęła, że może i ją bym zbadał, bo… troszkę ją brzuch pobolewa. Nie mam zwyczaju odmawiać pacjentom, a poza tym salus aegroti suprema lex, więc poprosiłem kobietę, aby położyła się na lekarskiej leżance i odsłoniła brzuch. Wkrótce okazało się, że ma ona klasyczne objawy ostrego zapalenia wyrostka robaczkowego! W międzyczasie do mojego gabinetu wszedł mąż owej niewiasty i zapytał co z dzieckiem. Odpowiedziałem, że z dzieckiem jest zupełnie dobrze, ale za to jego małżonka jest mocno chora i wymaga natychmiastowego zawiezienia do szpitala, na oddział chirurgiczny w celu wykonania operacji. Po czym prędko wypisałem skierowanie na hospitalizację, jeszcze raz zaznaczając, że trzeba szybko jechać do szpitala, co ludzie posłusznie uczynili, choć mieli szeroko otwarte ze zdziwienia i zaskoczenia usta.

Oj, miał wówczas>