Czy lekarz może być jednocześnie pisarzem – i czy jedno doświadczenie wzmacnia drugie?
Ałbena Grabowska, neurolog z wieloletnim doświadczeniem klinicznym i autorka ponad 30 książek, od lat pokazuje, że medycyna i literatura nie są światami rozdzielnymi. W rozmowie z Anną Robak‑Reczek opowiada o swojej nieoczywistej drodze do pisania, o odpowiedzialności lekarza‑autora, o dziedziczeniu traum, historii medycyny oraz o tym, dlaczego dobra opowieść może być dla pacjentów i lekarzy równie ważna jak farmakoterapia.
Anna Robak‑Reczek:
Pani imię oznacza „kwitnącą jabłoń”. Ponad 30 książek, ekranizacje, słuchowiska – a jednocześnie neurologia, jedna z najbardziej wymagających specjalizacji. Kiedy po raz pierwszy pomyślała pani o sobie: jestem pisarką?
Ałbena Grabowska:
Dopiero po czwartej wydanej książce. Wtedy zorientowałam się, że myślę już nad powieścią fabularną. Moja pierwsza książka była non fiction – napisana dla dzieci, o moich bułgarskich korzeniach. Później powstała bajka terapeutyczna i dwie książki dla dzieci.
W tamtym czasie pracowałam w szpitalu w Dziekanowie Leśnym, w pracowni wideo‑EEG. Często „wynosiłam do domu” zapisy badań moich pacjentów, zwłaszcza dzieci – zastanawiałam się, czy wszystko dobrze opisałam, czy zauważyłam każdy napad. I nagle uświadomiłam sobie, że oczywiście myślę o trudniejszych pacjentach, ale jednocześnie w głowie chodzi mi fabuła. Pomyślałam wtedy: to przecież normalne – napisałam już cztery książki i myślę o kolejnej. To był ten moment.
Lekarz ma dyplom, specjalizację, certyfikat. A pisarz?
A.G.: Wielu moich kolegów lekarzy mówi o sobie raczej „autor” albo „osoba pisząca”. To chyba wynika z tego, że lekarz jest bardzo konkretnym zawodem – po studiach i specjalizacji po prostu się mówi: „jestem neurologiem”. Pisarz nie dostaje żadnego certyfikatu. To jest kwestia odnalezienia tego momentu w sobie, kiedy człowiek czuje, że już może tak o sobie powiedzieć.
Jak łączyła pani dwa tak wymagające światy: medycynę i literaturę?
A.G.: Na początku w ogóle ich nie łączyłam. Po studiach zaczęłam pracę w Klinice Neurologii i Epileptologii Szpitala Orłowskiego. Trafiłam pod opiekę wybitnych profesorów i od razu weszłam w ten zawód – w całe piękno neurologii, czyli naukę o mózgu, o tym, że uczymy się narządem, który sam siebie bada.
Przez wiele lat pracowałam normalnie na oddziale, w trybie ostrodyżurowym. Prowadziliśmy kursy dla lekarzy specjalizujących się, bo klinika działała w ramach CMKP. Jeździłam z wykładami, pracowałam naukowo. To było dla mnie bardzo ważne i dawało ogromną satysfakcję. Pisanie w ogóle nie przychodziło mi do głowy – nie miałam na to czasu ani potrzeby.
Dodatkowo nigdy nie marzyłam o tym, żeby pisać. Nie miałam poczucia, że „kiedyś usiądę i napiszę książkę”. To przyszło zupełnie przypadkiem.
Kiedy ten „przypadek” się wydarzył?
A.G.: Wtedy, gdy zrezygnowałam z pracy w klinice ze względów rodzinnych. Po raz pierwszy miałam czas. Pomyślałam, że opiszę dla dzieci historię mojej bułgarskiej rodziny – żeby znały swoje korzenie. Nie zamierzałam tej książki wydawać.
Poprosiłam kolegę z wydawnictwa technicznego, żeby pomógł mi ją złożyć i zaprojektować okładkę – jako ładny prezent dla dzieci. To on powiedział, że dowiedział się z tej książki bardzo dużo o Bułgarii i że szkoda, by powstało tylko kilkanaście egzemplarzy. Wysłałam ją do kilku wydawnictw i ku mojemu zdumieniu dwa odpowiedziały pozytywnie – książka została wydana w lutym 2021 roku.
Potem pojawiła się bajka terapeutyczna.
A.G.: Tak, dostałam propozycję napisania bajki terapeutycznej, bo byłam konsultantką w portalu dla pacjentów i ich rodzin. Koleżanka zauważyła, że odpowiadam pacjentom „ładnie, pełnymi zdaniami”, i zaproponowała mi ten projekt.
Jestem z tej bajki ogromnie dumna. Firma farmaceutyczna wykupiła 10 tysięcy egzemplarzy, które były rozdawane dzieciom z chorobą przewlekłą przez lekarzy prowadzących – całkowicie non profit. Ta książeczka tworzyła niezwykłą więź między lekarzem a małym pacjentem, który wcześniej bywał traktowany bardzo przedmiotowo.
Dzieci często nie wiedziały, co się z nimi dzieje – słyszały, że „to tylko witaminy”, a doświadczały utraty przytomności czy niekontrolowanych ruchów. Kiedy czytały, że bohater bajki też się bał i też chorował, ich podejście do choroby całkowicie się zmieniało.
Jest to świetna lektura.
A.G.: Tak i po wielu latach ta bajka dostała jeszcze jedno życie. W zeszłym roku zainteresowała się nią grupa Uniwersytetu Trzeciego Wieku z Wybrzeża. Nagrali ją ponownie jako audiobook, a także wystawiają ją w formie teatru cieni. To jest dla mnie niezwykłe i zupełnie nieprzewidywalne życie tej historii.
Później pojawił się kolejny impuls do pisania – bardzo osobisty.
A.G.: Tak, zadziałał mój syn. Miał już dość słuchania o tym, jaka to wspaniała bajka terapeutyczna i powiedział, żebym napisała bajkę o nim i dla niego. O chłopcu, który nie cierpiał szkoły, szczególnie matematyki. Mój syn ma dyskalkulię i bardzo lubił gry komputerowe.
Nigdy w życiu nie grałam w żadną grę, więc pomyślałam, że jeśli osadzę akcję tej gry w ludzkim mózgu, to sobie poradzę. I tak powstała pierwsza część książki. Miała być tylko dla dzieci, ale zachwyciła wydawnictwo i została wydana.
Okazało się, że to była bardzo „chłopacka” książka – takich jest niewiele. Poproszono mnie o napisanie drugiej części. Wtedy usiadłam i pomyślałam, że chyba zostałam pisarką w tzw. międzyczasie.
A potem zaraz szybko przyszło „Stulecie winnych”, absolutny bestseller jako książka, ale też świetnie zrealizowany serial. To ogromny sukces – tym bardziej dla osoby, która mówi, że nigdy nie marzyła o tym, żeby pisać.
A.G.: Tak, „Stulecie Winnych”. Pisałam sagę, bo dawno nie było w polskiej literaturze znaczącej sagi rodzinnej. Dziś jest ich bardzo dużo, ale wtedy to nie było oczywiste. Myślę, że jako Polacy bardzo potrzebujemy takich opowieści – o rodzinach, o historii, o losach uwikłanych w wielkie wydarzenia.
Zastanawiałam się, czy umieścić tę sagę w środowisku lekarskim, ale nie czułam się jeszcze na to gotowa. Dobrze, że poczekałam.

Temat dziedziczenia traum pojawia się później wyraźnie.
A.G.: Tak, napisałam powieść o dziedziczeniu i „nasłuchiwaniu” traum – o relacji matek i córek. To była jedna z pierwszych takich książek w Polsce. Dopiero później powstali „Uczniowie Hipokratesa”, kiedy byłam już dojrzałą pisarką i mogłam połączyć wiedzę medyczną z warsztatem literackim.
„Uczniowie Hipokratesa” to książka, w której fabuła przeplata się z autentycznymi postaciami – lekarzami i naukowcami, którzy realnie wpłynęli na rozwój medycyny, często byli pionierami w swoich dziedzinach. To bardzo wyraźnie widać.
A.G.: To był dla mnie bardzo trudny projekt. Zależało mi na tym, żeby była to książka dla wszystkich, nie tylko dla lekarzy. Jednocześnie bardzo nie lubię, gdy w serialach czy książkach medycznych lekarze rozmawiają ze sobą w sposób nienaturalny, jakby tłumaczyli sobie podstawy.
Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że można opowiadać o medycynie naszym językiem, a jednocześnie prowadzić czytelnika. Dlatego pojawiają się tam autentyczne postaci – lekarze, ale też chemicy, fizycy czy pielęgniarka Florence Nightingale. Ich obecność pozwala wyjaśnić, skąd wzięły się pewne odkrycia i idee, bez potrzeby wykładów wprost.
Czytając tę książkę, łatwo sobie uświadomić, jak wiele pracy musiało kosztować zebranie materiałów i selekcja faktów.
A.G.: To prawda, ale muszę powiedzieć, że wcale nie wynika to z tego, że byłam świetna z historii. Wręcz przeciwnie – moja wiedza po liceum była bardzo słaba. Natomiast praca w klinice nauczyła mnie czegoś innego: dostawałam temat, o którym nie wiedziałam nic, i musiałam znaleźć materiały, przeanalizować je i wybrać to, co naprawdę potrzebne.
Dlatego zupełnie się nie zastanawiałam, jak poradzę sobie z opisaniem stu lat historii Polski. Wiedziałam, gdzie szukać i jak odrzucać nadmiar informacji. To była dokładnie ta sama umiejętność, którą wykorzystuje się w pracy naukowej.
Wielu autorów ma swoje metody pracy – konspekty, tablice, tabele. Jak to wygląda u pani?
A.G.: Każdy pisarz pracuje inaczej. Są tacy, którzy przez lata robią research, notatki, tworzą rozpiski, a potem dopiero siadają do pisania. Są tacy, którzy wszystko mają w tabelkach czy Excelu.
Ja działam inaczej. Bardzo dużo myślę o fabule, a potem po prostu zaczynam pisać. Nie robię konspektów, nie tworzę tabel. Jeśli czegoś nie potrzebuję, nie zmuszam się do tego. Po latach nauczyłam się współpracować ze swoim umysłem, a nie walczyć z nim.
To, co bardzo wyraźnie słychać, to fakt, że czytanie było dla pani fundamentem.
A.G.: Zdecydowanie. Zawsze byłam osobą bardzo czytającą. Kiedy debiutowałam w wieku 38 lat, miałam już za sobą ogromny bagaż literacki – klasykę, literaturę światową.
Myślę, że to bardzo mi pomogło warsztatowo. Zresztą wielu autorów mówi: jeśli chcesz pisać, musisz czytać. Dla mnie to była naturalna szkoła pisania.
Zapytałabym jeszcze o reakcje czytelników – także lekarzy i pacjentów.
A.G.: Bardzo często czytelnicy mówią mi, że odnajdują w moich książkach swoją własną historię. To działa trochę jak przy „Stuleciu Winnych” – jedna opowieść uruchamia wspomnienia o własnej rodzinie, rozmowy z rodzicami czy dziadkami.
Jestem dumna z tego, że moje książki stają się pretekstem do rozmów, do zadawania pytań, do zacieśniania relacji. To jest wartość, której się nie planuje, ale która przychodzi.
A ta „lekarska” część pani pisania – czy jest w niej jakaś misja?
A.G.: Tak, zdecydowanie. Jestem lekarzem i czuję, że mam z tego tytułu dodatkową odpowiedzialność. Bardzo chciałabym, żeby czytelnicy zrozumieli, że nasz zawód nie jest prosty. Nawet dziś, przy całym postępie medycyny, wiele rzeczy odbywa się metodą prób i błędów.
Każdy z nas był, jest lub będzie pacjentem. Każdy z nas doświadczył kiedyś złego potraktowania. Ja też słyszę te historie – o lekarzach, którzy byli nieuprzejmi, o błędach, o niezrozumieniu. I właśnie dlatego chcę pokazać, jak ogromną drogę przeszła medycyna i jaką cenę płacili za to lekarze.
W „Uczniach Hipokratesa” bardzo mocno wybrzmiewa ten historyczny wymiar.
A.G.: Tak. Chciałam oddać hołd lekarzom i lekarkom, którzy często zostali zapomniani. Kobietom, które walczyły o aseptykę i zmniejszenie śmiertelności okołoporodowej. Lekarzom‑naukowcom, którzy byli pionierami w swoich dziedzinach, a później zostali sprowadzeni do ratowania życia w czasie wojny, pracy na ulicach podczas Powstania Warszawskiego, ginęli, byli mordowani.
To są gotowe scenariusze filmowe, a jednak często nieobecne w powszechnej świadomości.
Wiadomo, że literatura może mieć funkcję terapeutyczną, ale czy może być dla lekarzy także formą wzmocnienia?
A.G.: Myślę, że tak. Moje książki nie są lekkie, ale czytelnicy często mówią, że dają im spokój. Zawsze powtarzam, że przeciwieństwem obniżonego nastroju nie jest sztuczna radość, tylko wdzięczność.
Literatura może pomóc zobaczyć, za co możemy być wdzięczni – swoim rodzicom, dziadkom, poprzednim pokoleniom. A to często zmienia perspektywę na własne życie i relacje.
Na koniec – gdyby miała pani polecić jedną książkę kolegom i koleżankom po fachu?
A.G.: Z moich książek na pewno „Uczniów Hipokratesa”. A poza tym – coś zupełnie z innego świata. Marqueza albo Vargasa Llosę. Literaturę, która przenosi w inne miejsce i pozwala na chwilę oderwać się od codzienności.