Nietypowa pierwsza pomoc w gabinecie
Był zwykły wtorkowy poranek, czyli tłok w poczekalni, trzy telefony dzwoniące naraz i jeden pacjent, który nie rozumie, że "rejestracja" to nie to samo co "gabinet lekarski". Siedziałem w gabinecie, przeglądając dokumentację pacjenta, który przyszedł z objawami grypy, ale w rzeczywistości chciał tylko pogadać o swojej działce. Wtem, z impetem wpadł przedstawiciel medyczny. Młody, zbyt entuzjastyczny, z teczką większą niż torba porodowa i z uśmiechem, jakby właśnie wygrał Eurowizję. Na wejściu rzucił hasło: „Dzień dobry! Mam dzisiaj coś, co odmieni pańskie spojrzenie na probiotyki!”.
Ja, zmęczony po wielu pacjentach i jednej kawie, spojrzałem z rezygnacją, ale zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, drzwi gabinetu się znów otworzyły – tym razem z wrzaskiem wbiegło małe dziecko. Za nim zdyszana mama.
„Pani doktorze! Pomocy! Kotek się zadławił guzikiem od piżamy i dziecko płacze od godziny!!!” Wszyscy spojrzeli na siebie: dziecko szlochało, mama panikowała, a ja… nie jestem weterynarzem. Ale wtedy przedstawiciel medyczny, który miał chyba refleks jak agent CIA, rzucił swoją teczkę na biurko i powiedział: „Jestem po kursie pierwszej pomocy. Dla kotów nie, ale spróbuję!”
Zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować, mężczyzna złapał kota, który (co ciekawe) był wyjątkowo współpracujący, pochylił się, klepnął go między łopatkami i... guzik wyleciał jak z katapulty. Kot uratowany. Dziecko z zachwytu zapomniało>