Nick autora: S.Z.
Nick autora: S.Z.
Data publikacji 03.12.2025
Czas czytania ok. 2 min

Był luty, środek sezonu grypowego. Przychodnia pękała w szwach, drukarka zacięła się po raz trzeci, a pielęgniarka Halina rzucała we mnie wzrokiem godnym kata. I wtedy wszedł on – Paweł, przedstawiciel medyczny. Z uśmiechem jak z reklamy pasty wybielającej i… kartonem pączków.– Dzień dobry, doktorze! Przyniosłem szczepionkę doustną – z nadzieniem różanym. Nie miałem siły się śmiać, ale Halina go pokochała od razu. Zanim zdążyłem go wygonić, usiadł w kącie gabinetu, wyjął tablet i zaczął prezentację o nowym leku na nadciśnienie. Mówił entuzjastycznie, aż w końcu przerwał, spojrzał na mnie i zapytał: „Doktorze… a jak pan sobie radzi z tym wszystkim? Z ludźmi, z chaosem, z życiem?”

Zamurowało mnie. Pierwszy przedstawiciel, który nie próbował wcisnąć leku, tylko… zrozumieć. Zaczęliśmy rozmawiać – o przemęczeniu, o pacjentach, o tym, jak bardzo brakuje nam zwykłej ludzkiej życzliwości w medycynie. Powiedział, że rzucił korporację farmaceutyczną w Niemczech, żeby być bliżej chorego ojca. Pracę jako przedstawiciel traktował jako tymczasowy sposób na życie – i okazję, żeby „oddać ludziom trochę uśmiechu”. Zostawił mi folder, jeden pączek i… karteczkę z napisem: „Nie zapomnij być też pacjentem dla siebie.” Minęły dwa lata. Paweł już nie pracuje w branży. Czasem dzwoni z pytaniem, czy Halina nadal rzuca piorunami. A ja>