Pan Stanisław istnieje
Był poniedziałek. Taki prawdziwy, ciężki poniedziałek, który zaczyna się jeszcze w niedzielę po południu. Przyszedł starszy pan, elegancko ubrany, z laską i aktówką, którą trzymał jak skarb.– Dzień dobry panie doktorze, ja tylko na chwilę. W moim świecie „na chwilę” oznacza najczęściej co najmniej kwadrans z zagadką diagnostyczną i opowieścią o wnukach. „Co pana sprowadza?” – pytam. „A bo wie pan, mnie tak coś w środku... dusza boli. Ale to nie o to chodzi. Chciałem tylko, żeby mi pan powiedział, czy ja jeszcze jestem”.
Zatrzymałem się na chwilę. „W jakim sensie?”– pytam ostrożnie.
„Bo wie pan, ja rano poszedłem do sklepu, a pani ekspedientka mnie nie zauważyła. W przychodni też nikt nie spojrzał. A na poczcie to już w ogóle jak duch. To pomyślałem, że może ja już nie żyję”.
Zrobiło mi się cicho w środku. Odruchowo ująłem go za rękę.
„Jest pan. I to bardzo. Nawet tętno pan ma” – uśmiechnąłem się.
Roześmiał się szczerze. „A to dobrze. To poproszę tylko, żeby mi pan to na karteczce napisał. Bo ja mam czasem gorsze dni i jak zapomnę, to sobie przeczytam”.
Napisałem. "Pan Stanisław istnieje. Ma się dobrze. Podpisano: lekarz rodzinny."
Wyszedł zadowolony, dumny jakby właśnie dostał dyplom z życia. A ja siedziałem jeszcze chwilę i myślałem,>