Jacek Świętochowski
Jacek Świętochowski
Data publikacji 13.12.2024

Oczekując w gabinecie kolejnego pacjenta poczułem dreszczyk emocji związany z narastającym krzykiem małego dziecka, bynajmniej nie z bólu, lecz ewidentnie wywołanego presją psychologiczną jakichś dorosłych. Krzyk osiągnął swoje apogeum w momencie gwałtownego otwarcia drzwi do gabinetu, w których, o zgrozo pojawił się pochód kilku postaci: na czele, jak szybko zrozumiałem, babcia dziecka z czerwoną od emocji twarzą i rozczochraną fryzurą, w którą niczym szczypce skorpiona w ciało ofiary, wbijał palce krzyczący w niebogłosy około trzyletni chłopczyk. Obok babci podbiegał małymi kroczkami dziadek uczepiony nóżki dziecka, którą okładał pocałunkami w tempie karabinu maszynowego. Za seniorami ukazała się para kompletnie roztrzęsionych rodziców dziecka, a  za nimi, jak się potem okazało, sąsiadka dziadków, która właśnie atakowanego z siłą cyklonu doktora poleciła: „Doktorze niech pan szybko go bada, bo on się bardzo boi” - wykrzyczała na jednym wdechu babcia, prawie taranując mnie swoimi iście rubensowskimi kształtami.

Nie ma jak lata doświadczeń. Zachowałem spokój, przytrzymując się kurczowo poręczy, by  atakującej seniorce rodu nie dać się wbić pod biurko wraz z krzesłem na kółkach.

„Proszę państwa, bardzo proszę wyjść do poczekalni, uspokoić dziecko i wtedy wejść jeszcze raz, najlepiej gdyby weszli sami rodzice z dzieckiem” - powiedziałem głośno, ale spokojnie.

No i udało się.

Za czwartym razem weszła tylko mama z>