Data publikacji 28.11.2024

Jesień 2021 r., szczyt sezonu infekcyjnego i pandemii COVID-19. Dyżur w NiŚOZ zapowiadał się ciężko. Po wejściu do przychodni zobaczyłem tłumy kaszlących, kichających. Kilkoro dzieci pod okiem mam bawiło się na podłodze. Te kilkadziesiąt osób w kolejce zapowiada długi i intensywny dyżur.

Kiedy wpada się w wir identycznych przypadków – infekcja górnych dróg oddechowych z kombinacją objawów - tu gardło, tu katar, tu ktoś stracił węch – bardzo łatwo można poczuć się jak robot.

Po przyjęciu ok. 40 pacjentów, do gabinetu weszła trzyletnia dziewczynka z mamą. Nie da się opisać tego przeświadczenia, zawodowej intuicji że pacjent jest „wzięty”. Poczułem to od razu. Może dlatego, że przez 5 godzin oczekiwania dziewczynka spokojnie i cierpliwie siedziała u mamy na kolanach? Przywitałem się z małą pacjentką i na zachętę wręczyłem naklejkę. Uśmiech, był szczery, ale bardzo nikły. Mama zapytana o powód wizyty powiedziała, że problem zaczął się kilka dni temu. Na początku bardzo łagodne objawy przeziębienia. Wczoraj niepokój wzbudziły skargi na ból brzucha, brak apetytu. Dziś mama dostrzegła „wysypkę”. Nie udało się umówić wizyty u pediatry. Poprosiłem, żeby mama pokazała gdzie zobaczyła wysypkę. Wystarczył moment – sekunda. Moim oczom ukazały się liczne wybroczyny obejmujące całe nogi, brzuch i klatkę piersiową. Wybroczyny to zawsze coś złego.>