Data publikacji 14.05.2026
Czas czytania ok. 5 min

Medycyna bywa tak dominująca, że nie kończy się wraz z dyżurem. „Ten świat, który jest naszą codziennością, zabieramy do domu”.

Prof. Artur Mamcarz opowiada o emocjach, które nie wygasają, o rozmowach, których nie da się „ładnie” przeprowadzić, o śmierci pacjentów i o śmierci własnego ojca. A także o tym, co naprawdę regeneruje: muzyka, książki, podróże i wnuki.

Gdyby nie medycyna kim byłby Pan dziś?

A.M.: To bardzo trudne pytanie. Medycyna jest tak dominująca w moim życiu i myślę, że nie tylko w moim, ale w ogóle w życiu lekarzy. Zresztą pretekstem do tej rozmowy jest też Ogólnopolskie badanie dobrostanu lekarek i lekarzy przeprowadzone na zlecenie serwisu PolpharmaDlaCiebie.pl, które pokazuje, że  balans między życiem zawodowym i prywatnym jest zachwiany u lekarzy, bo wszelkie kwestie, które determinują naszą aktywność, wykonujemy z pasją.

Ten świat, który jest naszą codziennością, zabieramy do domu, opowiadamy o nim, rozmawiamy o nim.

Wyobrażam sobie jednak obszary, w których mógłbym się zrealizować. Mógłbym być kucharzem, właścicielem restauracji, bo lubię gotować, mam intuicję, jestem smakoszem, lubię próbować różnych smaków. Drugi zawód: mógłbym jeździć po świecie i opowiadać o tym, szukając nowych smaków. Podróżując, pewnie łączyłbym pasję podróżniczą z pasją smakosza.

Mógłbym też być recenzentem muzycznym, bo mam wykształcenie muzyczne - skończyłem szkołę muzyczną, grałem na>