Data publikacji 25.03.2026
Czas czytania ok. 7 min

Rozmowa z prof. Adamem Stępniem o sile medycyny, granicach pewności i świetle nadziei

Neurologia w ostatnich dekadach przyśpieszyła jak mało która dziedzina. Z chorób „nieuleczalnych” część przeszła do obszaru realnej terapii. A jednak w samym sercu tej rewolucji pozostaje coś stałego: człowiek po drugiej stronie biurka i odpowiedzialność, która nie pozwala spać.

Prof. Adam Stępień opowiada o autorytecie, który bywa ciężarem, o cudach, które uczą pokory, i o tym, dlaczego „primum non nocere” to nie formułka, tylko kompas.

Czy pamięta Pan moment, w którym po raz pierwszy poczuł: „ludzie widzą we mnie autorytet”? Jak to było i czy to było bardziej wzmacniające czy obciążające?

Prof. Adam Stępień: Rozpoczęliśmy rozmowę od trudnego zagadnienia, gdyż nie czuję się autorytetem. Jestem natomiast lekarzem z dość długim stażem pracy i w tym czasie zdobyłem pewne doświadczenie zawodowe, które staram się przekazać młodszym kolegom.

Kiedy mówi Pan „nie czuję się autorytetem” - co kryje się za tym zdaniem?

A.S. W ostatnich trzech dziesięcioleciach uczestniczyłem w niezwykłym, szybkim rozwoju neurologii. Spowodowało to, że do wielu rzeczy nabrałem i wciąż nabieram pewnego dystansu i mam możliwość w miarę obiektywnie ocenić ich doniosłość i znaczenie dla chorych.

Jeśli miałby Pan nazwać jednym zdaniem to, co zmieniło się najmocniej: co to jest?

A.S. Na naszych oczach>